- Transformacja ustroju i gospodarki spowodowała, że wiele osób stało się menedżerami najzupełniej przypadkowo lub „z marszu". Z różnym skutkiem zarządzają, albo tylko próbują zarządzać, zarówno małymi, jak i większymi firmami. Rodowód ich jest rozmaity. Jedni z nich, to dawni niepokorni pracownicy gospodarki uspołecznionej, wyrzuceni z roboty po 1981 roku. Zaczęli uprawiać kapitalizm w Polsce przed 1989 rokiem na taką skalę, jak to było wtedy możliwe. Inni wrócili z zagranicy, często z pewnym kapitałem. Znaczącą grupę stanowią też dotychczasowi kierownicy państwowych zakładów pracy, przeobrażeni w zarządców tych zakładów w następstwie procesów prywatyzacyjnych. Stosunkowo najmniej liczną grupę stanowią menedżerowie wykształceni specjalistycznie w zagranicznych lub polskich szkołach biznesu, profesjonaliści z rozległą praktyką w zachodnich koncernach, chętnie zatrudniani w polskich filiach obcych przedsiębiorstw. Nie są to ludzie, którzy dorabiali na czarno zmywając talerze w nowojorskich czy berlińskich restauracjach.
Najczęściej spotykamy się jednak z dość egzotycznym typem polskiego przedsiębiorcy, który ma mentalność i obyczaje socjalistycznego pioniera rzuconego w busz prymitywnego kapitalizmu. Często są to ludzie, którzy wczoraj wyszli z bazaru, a dziś prowadzą ekskluzywne perfumerie; wczorajsi cinkciarze spod banków dziś pracują w tych bankach albo mają własne kantory wymiany walut itd. Zmiana obyczajowości i ogólna ogłada przychodzi jednak wolniej niż bogactwo i dlatego można czasem zobaczyć jak nowobogacki właściciel paru aptek wysiada na chwilkę z eleganckiego mercedesa, aby wyczyścić nos palcami. Również kilka innych przypadłości „nowej klasy" wymaga krótkiego odnotowania, bo szukając pracy stykamy się z tymi ludźmi, musimy z nimi rozmawiać, negocjować i trafnie interpretować motywy ich zachowania się.
System socjalistycznej selekcji promował ludzi swoiście obrotnych i wszechstronnych: liczyła się nie wiedza, lecz poparcie i układy. Socjalistyczny kierownik nie musiał się na niczym szczególnie dobrze znać, ale musiał znać tych, którzy się na czymś dobrze znali. Musiał być wszechstronnym „organizatorem" wyposażonym w nadprzyrodzoną zdolność „załatwiania". Jeśli był rzemieślnikiem prowadzącym na przykład warsztat ślusarski do spółki ze szwagrem, to nie kupował mosiężnych prętów (nie otrzymał przydziału na reglamentowane metale kolorowe), ale „załatwiał" te pręty u „Kulawego Leona" — znanego w okolicy pasera i pijaka. Jeśli był dyrektorem fabryki fortepianów, to wysezonowane drewno wysokiej jakości „załatwiał" w knajpie z kumplem—dyrekotorem i z konieczności korumpował jeszcze niższych urzędników z centrali w Warszawie. W gospodarce niedoboru wiele rzeczy trzeba było „załatwiać"; pokrętnie, nieprofesjonalnie i ukradkiem, najlepiej osobiście i nieformalnie. Klasyczny dyrektor z tych nieodległych czasów nie musiał trzymać się jednej branży, dbać o jej rozwój i dobrą markę. Niektórzy z owych dżentelmenów mieli zawód „dyrektor" wpisany w dowodzie osobistym i z dnia na dzień mogli „robić w kulturze" albo przy produkcji rur kanalizacyjnych — i na odwrót. Dziś gospodarka się zmienia, ale ludzie pozostali.
Nawyki dyletanckiej improwizacji uniwersalnych dyrektorów są dziś przestarzałe i nieskuteczne. Utracił też swoje racjonalne uzasadnienie sposób traktowania ludzi wyćwiczony przez tych dyrektorów. Nie rozumieją oni, że przerzucanie z branży do branży ogłupia, że nowe organizmy gospodarcze potrzebują zdecentralizowanych systemów zarządzania i okrzepłych, dobrze nauczonych specjalistów, którzy zastąpią dotychczasowych ludzi „do wszystkiego", czyli znających się na wszystkim i na niczym. Dyrektor „dawnego chowu" niechętnie dzieli się władzą, jest nieufny, dawkuje informacje i tworzy swoje koterie, które mają mu pomóc w grze ze związkami zawodowymi, z ZUS-em, z innymi przedsiębiorstwami, z fiskusem... Preferuje on półlegalny i konfidencjonalny tryb załatwiania spraw, gdyż boi się krytyki i rywali w najbliższym swym otoczeniu. Dlatego w wielu przedsiębiorstwach (spółkach, spółdzielniach, firmach prywatnych lub z udziałem zagranicznym) utrzymuje się paraliżujący brak zaufania do kadry, struktury zarządzania są nieracjonalnie skondensowane, a niższe szczeble wręcz ubezwłasnowolnione. Kiepski właściciel lub dyrektor zazdrośnie strzeże swego imperium władzy i uważa, że im mniej osób jest wprowadzonych w istotę powiązań kooperacyjnych, decyzji kadrowych i rozliczeń, im mniej osób zna tajniki jego decyzji, tym może czuć się bezpieczniej. Boi się nielojalnych bądź lepiej przygotowanych zawodowo współpracowników i bezpodstawnie ufa, że sam zdoła zapanować nad wszystkim. Trudno o bardziej błędne przekonanie!
Jeśli taki dyrektor „starego chowu" ma przed sobą zdolnego, dobrze przygotowanego kandydata do pracy, to zaczyna odczuwać niepokój. Czuje swoją małość i ujawnia swoje kompleksy. Staje się niesprawiedliwy. Jeśli będzie musiał skrzyżować szpady merytorycznych argumentów, uczyni to z ociąganiem i niechętnie. Nie przeoczy natomiast żadnej okazji pochwalenia się swoim ogólnym stażem na stanowiskach kierowniczych i będzie się z tym faktem obnosił jak panna z cnotą.
Dawny dyrektor z nomenklaturowego klucza chętniej zatrudni ludzi gorszych, ale sobie podobnych. Unika „niespokojnych duchów" — dopiekli mu nieraz w przeszłości — oraz ludzi, o których wiadomo, że są uczciwi i prostolinijni. Traktuje ich jak chodzący wyrzut sumienia. Taki dyrektor reaguje histerycznie, niechętnie ceduje swoje uprawnienia (możliwości?) w zakresie rozmów przynajmniej z niektórymi kandydatami do pracy (nie ufa profesjonalistom i testom), albo wręcz przeciwnie: zasłania się innymi współpracownikami w sposób nie tyle merytorycznie uzasadniony, co asekurancki („Niepowodzenie jest na ogół sierotą!").
